I
czyli o chłopcu, co nie był godny
♕
Lazarus Norrington pochodził z bogatego rodu tak bardzo magicznego, że każdy sąsiad z bogatej ulicy Silver Lane z szacunkiem kłaniał mu się na powitanie. Przynajmniej tak było do czasu, gdy wszystkie tajemnice Lazarusa były głęboko zakopane w krótkotrwałej pamięci chłopca.
Upalny poniedziałek zapowiadał się dla każdego z Norringtonów wyjątkowo nie miło; matka i ojciec nosili pod pachą kremy z filtrem, aby tylko nie naruszyć idealnej śnieżnobiałej cery, swojej i syna. Pani Norrington, częściej mama, rzadziej Theresa, zaszczepiła w swojej rodzinie zamiłowanie do „szlachetnej skóry” i picia herbaty w samo południe. Nosiła się w granatowych spódnicach i jeździła starym rolls royce'em, oczywiście nie zapominając o wielkim kapeluszu w stylu królewskim. Rękawiczki też posiadała. Theresa Nolan nie była Brytyjką, ale od zawsze chciała nią być, więc nic nie zatrzymało jej w zrobieniu z państwa Norringtonów jeszcze większych Anglików niż byli wcześniej. Dlatego jej syn o godnym rodziny imieniu — Lazarus — czuł się od zawsze angielskim czarodziejem. Choć wcale nim nie był.
Wszystko, co złe wydarzyło się niefortunnego i upalnego poniedziałku roku dwa tysiące szesnastego.
Pan Norrngton wygładził błękitną marynarkę, poprawił muszkę i uśmiechnął się sztucznie do lusterka samochodowego. Rolls royce o imieniu Bethy na włączonym silniku wydawał, dla trzynastoletniego Lazarusa, odgłos jak stłumiony mikser, którego matka używała do robienia niedobrych dla jego podniebienia warzywnych koktajili. Znał na pamięć wszystkie składniki: pomidor, marchewka, brokuły i seler. Lazarus skrzywił się, a przez jego wątłe ciało przeszedł dreszcz obrzyzenia. Nienawidził selera.
Theresa Norrington zamknęła drzwi małego, białego domku i spoglądając z irytacją na nieznanego nikomu, obcego psa leżącego na werandzie, podeszła do męża i wyszeptała mu coś na ucho. Lazarus bardzo lubił psa, tak samo Steve, ale Steve był tematem zakazanym w domu Norringtonów, bo nie należał do elity. I nie był Brytyjczykiem, tylko nędznym Amerykanem mieszkającym w Anglii! Steven Reedus, ojciec małego Steve'a Reedusa, pracował jako mechanik samochodowy, a matka — o zgrozo — również miała stałą robotę. Niegodną damy, jak mawiała Theresa. Liv Reedus to sprzątaczka, krzyczała z oburzeniem, a Steven to rozbójnik i młodociany przestępca, nie to co ty, dziubku. Nie zajmuj się tymi ludźmi, nawet o nich nie wspominaj, bo przyniesiesz hańbę naszej rodzinie. Jeszcze większą niż dotychczas! Lazarus postanowił więc jeszcze bardziej nie pogrążać Norringtonów i zrezygnował z przyjaźni Steve'a, który na tę wieść się rozpłakał dwa razy. Lazarus również, tyle że w domu, gdy nikt nie patrzył, i zrobił to cztery razy.
Wracając — nikt nie wiedział, skąd wziął się ten pies i dlaczego nie chce odejść pomimo wielkim staraniom matki. Jedno było za to pewne: pies nazywał się Ephraim, bo tak chciał Lazarus, aby nie czuć się jedyną osobą w rodzinie mającą głupie imię. Teraz było ich dwóch, choć mamcia i papcio, jak mówił chłopiec, niezbyt się z nim zgadzali, co do przynależności „spasionego kundla” do Norringtonów. Wielki L. (przezwisko od samego biednego Steve'a) jednak zaprzeczał głośno; Ephraim nie był ani gruby, ani kundel. Lazarus dałby sobie palec uciąć, że pies jest z bassetów i tym argumentem właśnie przekonał matkę do jakiejkolwiek tolerancji Ephraima. Aktualnie chłopiec miał do stoczenia jeszcze bitwę o spanie psa w domu.
Theresa wsiadła do samochodu, mąż zakmnął za nią drzwi i sam zasiadł za kierownicą. Obydwoje rzucili spojrzenie na syna, upewniając się czy zapiął dobrze pasy i auto ruszyło z piskiem opon, prawie rozjeżdżając starą panią Gillian, wychodzącą na spacer z czarnym kotem. Staruszka jednak z szerokim uśmiechem na twarzy pomachała za niknącym w oddali wozem Norringtonów.
Fakty były takie: Lazarus nie miał pojęcia, gdzie jadą, po co i dlaczego. Usłyszał od mamy jedynie krótkie „ubieraj się, wychodzimy” i prychając głośno, pobiegł na górę do swojego pokoju, aby napisać krótką wiadomość do Steve'a — JUŻ PO MNIE. WIEDZOM.
— To gdzie wybywamy, mamciu? — zapytał, podnosząc energicznie głowę do szyby.
— Do szkoły cię zapisać. Dobrze, że się ładnie ubrałeś, myślałam już, że sama będę musiała ci ciuchy wybierać, ale jednak się jakoś wyszykowałeś. To będzie bardzo ważna rozmowa, dziubku. Pamiętaj, nie możemy się zbłaźnić, udawaj cały czas, bo inaczej...
No tak. Lazarus miał uczęszczać do szkoły na Gold Street, gdzie NIE chodził Steve Reedus, do bogatej szkoły pełnej snobów i panienek w spódniczkach. Mundurki obowiązkowe, punktualność obowiązkowa, nauka obowiązkowa, praca domowa obowiązkowa. A z tym wszystkim Lazarus miał dosyć duży problem. W starej szkole też tak było, ale dzielnie przed wszystkim ratował go właśnie Steve. Teraz nie miałobyć tak łatwo.
— Ale to nie jest droga na Gold Street.
— Wiem — odpowiedział grobowym głosem ojciec.
— No właśnie. — Lazarus zmarszczył jasne brwi. — TO DO JAKIEJ JA SZKOŁY W KOŃCU IDĘ?!
Pani Norrington zakryła bladymi, kościstymi dłońmi uszy i pisnęła:
— Jak będziesz tak krzyczeć, to do żadnej.
Chłopiec zrobił naburmuszoną minę. Nie podobało mu się to, chciał wiedzieć gdzie będzie się uczył. A może powinien wiedzieć, ale nie słuchał? Bo kto by słuchał rodziców.
— Rozmawialiśmy już o tym — powiedział pan Norrington, nie odrywając spojrzenia błękitnych, smutnych oczu od drogi. — Idziesz na Uniwersytet Magiczności, Lazarusie. Czy ty w ogóle nas czasem słuchasz?
— Nie.
Pan tata nazywał się William i nie służył do wyrażania własnego zdania, tylko do przytakiwania żonie. Zawsze nosił przy sobie magiczną laskę z błyszczącym kryształem. Potrafił rzucać nią każde zaklęcie, prócz typowych uroków ingerujących w uczucia. Tego nie potrafił ani on, ani Theresa, więc Lazarus też nigdy nie poznał tajników tej dziedziny. Znał zaklęcie przenoszące przedmioty, ale jedynie w jego głowie dobrze brzmiało, bo gdy mówił było zpuełnie inaczej. Matka nie czarowała przy nim, magią wspierała się tylko w kuchni i przy porządkach. To ojciec rzucał zaklęcia, a od słuchania ich Lazarusowi ciemniało przed oczami. To było takie męczące! Uczyć się tych wszystkich formułek! Nie zmieniało to jednak faktu, że chłopak odkąd pamiętał zawsze chciał być jak ojciec, przynajmniej z wyglądu. Pragnął mieć czarne włosy zaczesane do tyłu, duży, rzymski nos i wąskie usta. Lazarus niestety wyglądał zupełnie przeciwnie — kręcone kudły w kolorze ciemnego blondu, brązowe oczy, zadarty nos i duże, popękane wargi. Sam uważał, że był niezbyt urodziwym trzynastolatkiem, może słodkim przy większych staraniach.
— Mamo, ale ja nie umiem. — Chłopiec spojrzał z przerażeniem na wielki, szarawy w stylu renesansowym. — Jestem kompletną ciotą!
— Lazarusie! Mówiłam ci, że masz wyrażać się jak porządne dziecko w twoim wieku, nie jak jakiś menel.
— Przecież tata też się tak odzywa — on na to — a poza tym każdy dzieciak tak teraz mówi. Ty po prostu tego nie czujesz, za stara jesteś, mamciu.
— Jesteś wyjątkowo spokojny jak na osobę dogłębnie wystraszoną — odezwał się ojciec.
Lazarus skinął głową zamyślony i wpatrzony w wielki plakat na budynku: UNIWERSYTET MAGICZNOŚCI — TYLKO DLA PRAWDZIWYCH CZARODZIEJÓW. NAJLEPSI NAUCZYCIELE, NAJLEPSZY SYSTEM, NAJLEPSZE WYNIKI W CAŁEJ ANGLII.
— Och, dziubku, nie denerwuj się, bo gorączki dostaniesz. Mówiliśmy ci ostatnio, że nie szkodzi spróbować zapisać cię na Uniwersytet. Bądź grzeczny i ukłoń się ładnie przed dyrektorstwem, gdy już będziemy w środku.
— Przecież miesiąc temu ustaliliśmy, że zostaję w starej szkole! Jesteście okropni, nie kocham was!
Naburmuszony przyparł z całej siły głową do okna, a jego jasne loki opadły na czoło. Wszystko było już jasne. Rodziców Lazarusa bardziej interesowała nienaganna opinia rodziny niż to, że chłopak sobie nie poradzi. Bo co miał tam robić?, myślał sobie, przecież był zupełnie bezużyteczny. Zebrało mu się na płacz.
Uniwersytet Magiczności istniał już od stu dwudziestu sześciu lat i jak głosiły wszelkie informacje, był najlepszą taką placówką w całej Wielkiej Brytanii. Od pradziada dyrektorem zostawał jeden z potomków wielkich Clearych — czarodziejów znanych na całym świecie. Zatrudniali oni najlepszych magów na stanowiska profesorów i wybierali najzdolniejszych młodych czarodziejów. Norringtonowie od zawsze, a przynajmniej odkąd pamiętała babka Lazarusa, uczęszczali do Uniwersytetu Magiczności i zdobywali tam wspaniałe wyniki. Uczono tam również normalnych, ludzkich przedmiotów, jednak na trzecim roku, wraz z ukończeniem lat szesnastu, młody czarodziej poświęcał się tylko magii. A co miał robić Lazarus? Udawać?
♕
Gabinet pana Cleary był ogromny i cały skąpany w ciemnych barwach. Wielkie okna zostały przysłonięte grubymi, purpurowymi zasłonami, a na podłodze rozłożono wzorzyste dywany. Na wykonanym z ciemnego drewna biurku dyrektora porozrzucane były papiery i paliła się jedynie lampka podświetlająca kurz.
Wielkie wrota zostały otworzone z trzaskiem, piskiem i nieprzyjemnym stęknięciem sekretarki, która wpuściła państwo Norrington i Lazarusa. Chłopiec idąc z tyłu, ciągle obrażony, rozejrzał się teraz dookoła z otwartą buzią. Gabinet był niczym komnata prawdziwego króla. Ale nie byle jakiego króla, tylko Króla Ciemności, którym zawsze chciał być Lazarus; podwyższać podatki, rządzić Steve'em i rodzicami, jeździć na polowania i być okrutnym dla poddanych — tego pragnął.
Dyrektor na ich widok zdjął okulary z garbatego nosa i rzucił im miłe spojrzenie. Uśmiechnął się przyjaźnie i wstał od biurka.
— Witam — spojrzał na wielki zegar z kukułką stojący po jego prawej — państwa Norringtonów. I ciebie, chłopcze. Proszę usiąść.
Pan Cleary ucałował dłoń Theresy i z szerokim uśmiechem prawdziwego biznesmena, wymienił uścisk dłoni z Williamem. Dyrektor miał na sobie lelgancki frak i mokasyny, z których zawsze śmiał się Lazarus.
— Panie dyrektorze, najmocniej chcieliśmy prosić o przyjęcie naszego Lazarusa do pańskiej wspaniałej szkoły — zaczęła pani Norrington. — Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewne problemy z naszym dziu... synem.
Dyrektor utkwił swoje małe świńskie oczka w Lazarusie.
— A o co chodzi?
Theresa z początku szukała pomocy u mężą, jednak widząc, że zupełnie nie zrozumiał jej aluzji, sama odpowiedziała:
— Lazarus nie potrafi czarować.
— Jest kompletnym beztalenciem — odezwał się William, jakby wyrwany z zamyślenia.
— I dobrze mi z tym — prychnął chłopiec.
— Mamy też nadzieję, że da się to jakoś załatwić. — Pani Norrington sięgnęła do torebki. — Nie możemy pozwolić sobie na taką skazę na naszej rodzinie. Dobrze wiemy, że Lazarus nie jest godzien tej szkoły...
Dyrektor Cleary skinął głową i spokojnie przyglądał się jak Theresa wyciąga z wielkiej i na pewno drogiej, torebki książeczkę czekową. Jak łapie za długopis leżący na jego biurku i jak podpisuje go.
— Cóż, myślę, że z każdego dziecka pochodzącego z czarodziejskiej rodziny można coś wyciągnąć — powiedział pan Cleary, przenosząc wzrok na Lazarusa.
tak na koniec się przywitam — heloł. I jeśli chodzi o piękne wiedzom, to celowy błąd. Nie bić, plis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz